poniedziałek, 3 lipca 2017

Mamy "R"!!!

Muszę, muszę bo inaczej się uduszę!!! Jest, mamy to, mamy literkę "R". Wiktor zaczął wymawiać literkę "R" na początku i w środku wyrazu!!! Czy wiecie jak go to męczyło? Mimo iż logopeda z nim "R" nie ćwiczyła, bo miał na to jeszcze czas on wciąż próbował sam z siebie. Bardzo chciał mówić "R"... i udało się. Wreszcie ją mamy!!!

Kochani wczoraj oglądałam film "Prawie jak my" na TVP HD. O rodzicach autystycznego chłopca. Ich zmaganiach z rzeczywistością aby dostać diagnozę. Rozpoczęli terapię dopiero w wieku 3la, bo dopiero wówczas potwierdzono rodzicom autyzm, próbując najpierw zwalić winę na matkę dziecka, że to źle robiła w ciąży, tamto źle robiła zaraz po urodzeniu się dziecka i w ogóle jest beee, feee i do bani. Och ileż i ja się tego nasłuchałam, szczególnie w ośrodku w przeklętym Mikoszowie... Ale do sedna. Czasami zastanawiam się, czy gdyby u Wiktora, zupełnie w ciemno, ale od najwcześniejszych miesięcy życia, nie zostały podjęte odpowiednie terapie, czy on dziś nie byłby głębokim autystom? Nie mam pojęcia czy te terapie sprawiły, że dziś mamy tylko Zespół Aspergera i kontakt z dzieckiem, czy może byłoby tak nawet gdyby tych terapii nie było? Ech gdybanie... Ale strasznie mnie to męczy.

A teraz pora na fiestę z okazji pojawienia się w słowniku głoski "R"!!!
La la la trzeba otworzyć szampana ;)))


sobota, 1 lipca 2017

Pech

Wakacje odwołane! A przynajmniej nasz wyjazd nad morze. Jak pomyślę, że już jutro późnym wieczorem mieliśmy siedzieć  pociągu do Kołobrzegu, a siedzieć nie będziemy to chce mi się wyć do księżyca... Powód jest paskudny. Tydzień temu Wiktor szalał na placu zabaw. Zachciało mu się odburknąć coś do kolegi. Ten rzucił mu czapkę za ogrodzenie placu zabaw. Wiktor zamiast wyjść bramką postanowił przeskoczyć przez ponad metrowe ogrodzenie. Wkurzony kolega dodatkowo go popchnął. Młody upadł. Efektem jest złamanie wyrostka łokciowego. I to nie byle jakie bo z przemieszczeniem. Od razu pojechaliśmy na izbę przyjęć. Niestety nastawianie odbyło się operacyjnie. Mało tego, włożono mu druty w łapkę. Bardzo poważne złamanie... Cztery dni w szpitalu. Za tydzień ściągamy szwy. Pod koniec lipca zdjęta zostanie longeta (półgips). W międzyczasie chodzimy co dwa dni na zmianę opatrunku. Dramat... Wiktor jest wyjątkowo cierpliwy, ale wczoraj szpary zaczęły mu odchodzić i zachowywał się zbyt zuchwale dla biednej łapki.
Tydzień za nami, jak przetrwamy kolejne cztery tygodnie- nie wiem. Nie mam też pojęcia czy łapka zrośnie się dobrze, czy nie będzie konieczna rehabilitacja... Ciągle coś...
Czy ten pech wreszcie nas opuści?

środa, 7 czerwca 2017

Szkoła masowa a Zespół Aspergera

Wczoraj mieliśmy ostatnią wywiadówkę, pierwszą przed nowym rokiem szkolnym. Książki na szczęście będą refundowane. Trzeba będzie tylko dokupić religię i być może angielski.
Rozmawiałąm także z dytekcją co do zajęć BiofeedbackEEG. Na szczęście terapeutka wraca z wychowawczego. Problem w tym, że może zmienić się dyrekcja Poradni Psychologiczno Pedagogicznej i wówczas nieco inaczej może wyglądać współpraca z nimi. A przecież to na ich sprzęcie były prowadzone zajęcia. Do stałam 90% zapewnień, że zajęcia będą. Jak dla mnie to za mało, ale niestety muszę spokojnie czekać do września.
Podobno w najbliższym roku szkolnym zmieni się Wiktorowi nauczyciel wspomagający, jak na klasę integracyjną przystało dostaną także dużą salę w spadku po odchodzącej klasie III. Wiadomo Aspiki zmian nie lubią. Dlatego już przyzwyczajam do tej myśli Wiktorka. Mam nadzieję, że zmiany zaakceptuje bez większych problemów.
Poza tym u nas bez zmian. Odliczamy do wyjazdu nad morze. W międzyczasie robię drobne rzeczy w naszym mieszkanku. Jak wiadomo fundusze wstrzymują. Można powiedzieć, że remont prawie dobiegł końca. Teraz pora na wyposażenie, ale to już po wakacjach.
Pozdrawiamy!

sobota, 3 czerwca 2017

Przykra pobudka

Dziś w naszej miejscowości Urząd Miasta wraz ze sponsorami organizował huczną zabawę z okazji Dnia Dziecka. Wszystko miało miejsce nieopodal nas, bo pod Centrum Sportu i Rekreacji. Pomyślałam, że trzeba wziąć Wiktorka i zobaczyć co się tam dzieje. Na miejscu czekało mnóstwo atrakcji i konkursów z nagrodami. Były darmowe lody i lemoniada, dmuchańce, trampoliny oraz animatorzy z sali zabaw. Normalny raj dla dzieci, ale... nie dla Wiktora. Niestety dzisiaj to nie był jego dzień. Przyszedł dość spokojnie, obserwował co się dzieje dookoła. Zachęciłam go do zabawy w limbo, lina była jeszcze wysoko, nie powinno być żadnych problemów. Przeliczyłam się... Ta podstępna ździra, choroba mojego dziecka, zamknęła go po części w jego świecie. Gdy nadeszła już kolej Wiktorka, wzięłam od niego loda i popchnęłam leciutko dla odwagi... w tym momencie dość głośno zrobiło się w głośnikach z których leciała muzyk. Wiktor spanikował, odskoczył od liny jak poparzony i zaczął płakać. Próbowałam go uspokoić, ale moje dziecko nie toleruje przytulania... Zaczął coś niewyraźnie mamrotać pod nosem i na tym skończyła się cała radość z zabawy. Później już nie bardzo chciał uczestniczyć w jakichkolwiek zabawach, poskakał troszkę na dmuchańcu, zachowując się tam dość agresywnie, co spotkało się z ciętą ripostą jakiejś kobiety totalnie zielonej w temacie Całościowych Zaburzeń Rozwoju. Myślała, że zabłyśnie i mówi do mnie, że młody był NIEGRZECZNY na dmuchańcu. Odpowiedziałam jej, że to nie jest GRZECZNOŚĆ tylko choroba, więc na przyszłość niech pochopnie nie ocenia dzieci i nie wyskakuje z grzecznością. Pani obraziła się na amen.
Niestety młodego nie dało się ogarnąć, co rusz popłakiwał, nie umiał zdecydować w co chce się bawić, w końcu zaczął krzyczeć, zanosić się i kopać mnie. Zawinęliśmy się więc do domu i już w drodze powrotnej Wiktor zaczął się uspokajać. To takie podłe, za dużo hałasu, obcy ludzie i już mózg mojego dziecka nie radzi sobie z przetwarzaniem informacji. A nie było już takich problemów od dawna. Ostatni raz zareagował podobnie również w dzień dziecka mając 3latka. Nie zniósł wówczas imprezy przedszkolnej...
Kiedy będzie lepiej???

***

Remont naszego mieszkanka już na finiszu. Zostały tylko parapety, nowe rolety i można się wprowadzać. Ale nie będzie tak łatwo. Na początku lipca jak zawsze borę Witka nad morze. Pięć nocy, ale zawsze to coś. Tym razem Kołobrzeg. Byliśmy już w tym miejscu cztery lata temu. Było bardzo fajnie, chociaż woda lodowata, ale jod było czuć w powietrzu, mimo iż była to druga połowa sierpnia. Później kolejny miesiąc to zorganizowanie książek i wyprawki szkolnej, tkże na czas wakacji musimy z resztą remontu stanąć. Dopiero po wakacjach zaczniemy kupować niezbędne rzeczy typu pralka, łóżko i meble dla młodego, szafka do łazienki, jakieś żyrandole, rolety itp. Szacuję, że do grudni powinniśm się wprowadzić, bo wydatki teraz będą wielkie.
Trzymajcie za nas kciuki!

piątek, 21 kwietnia 2017

COŚ, ale co?

Chciałabym machnąć mega długi i wyczerpujący wpis, jednak albo straciłam natchnienie albo właściwie nic konkretnego się u nas nie dzieje.
Jakiś czas temu doczekaliśmy się wizyty w poradni genetycznej, która póki co nie wniosła zbyt wiele. Doktor wystawił zlecenie na podstawowy zestaw badań dla dziecka z CZR. Miejsce znalazło się na początku wakacji. Jakkolwiek by na to nie patrzeć oboje jesteśmy zgodni, że w badaniu tym nic niepokojącego może nie wyjść. Jak wiadomo Wiktor miał poważny uraz mózgu w okresie okołoporodowym i to najprawdopodobniej on jest przyczyną jego zaburzeń.
Po perypetiach z dokumentami dotyczącymi kształcenia specjalnego (psychiatra nie chciała ich wypełnić twierdząc, że za mało zna dziecko i chce opinii ze szkoły na jego temat) byliśmy na kolejnej wizycie u tejże Pani doktor, która czytając szkolną opinię nie miała już najmniejszych wątpliwości co do potrzeby kształcenia specjalnego dla Wiktora. Na szczęście w międzyczasie mieliśmy wizytę u neurolog prowadzącej Witka od urodzenia, która bez wahania i zbędnych komentarzy dokumenty wystawiła. Już 4 maja stajmy na komisji. Mama nadzieję, że orzeczenie będzie konkretniej skonstruowane, bo zgodnie ze zmianami w szkolnictwie posłuży nam przez najbliższe 4lata.
Według lekarzy istnieje opcja uniknięcia wprowadzenia farmaceutyków do leczenia Wiktora, w zamian za to jest konieczna intensywna terapia BiofeedbackEEG. Niestety poza naszym zasięgiem. U na koszt jednej wizyty to ok.70zł, do NEUROMEDU trzeba by dojechać co także wiąże się z kosztem. Psychiatra spytała mnie czy chcę mieć dziecko w dobrej kondycji czy być bogata. W nosie mam bogactwo, ale żadna instytucja nie da mi już kredytu na rehabilitację mojego dziecka. Siedzi na mnie komornik i wciąż spłacam poprzednie zadłużenie rzędu 60 paru tysięcy. Cholernie mi przykro, że nie dość iż los zesłał na moje dziecko te paskudne choroby, to jeszcze muszę z tym walczyć w pojedynkę, bez drugiego rodzica i drugiej pensji...
Zrobiłam dla mojego dziecka co mogłam aby chodziło, zaczęło mówić, rozumieć, w miarę prawidłowo funkcjonować w społeczeństwie. Czeka mnie jeszcze pół życia spłacania kosztów, które to pochłonęło. Niestety więcej zrobić już nie mogę.
Czy ktoś pomoże? Czy da szansę na normalność dla mojego syna? Wątpię, zbyt wiele jest dzieci potrzebujących, o nas już mało kto pamięta.
Wiosenne pozdrowienia i oby do przodu

czwartek, 16 marca 2017

Zmiany

Początek tego roku przyniósł nam poważne zmiany. W ubiegłym miesiącu dostaliśmy wreszcie upragnione mieszkanie. Ciasne ale własne... Dwa pokoje z czego jeden jest przerobiony z kuchni. Malutka kuchenka na przedpokoju i jeszcze mniejsza łazienka. Wszystko oddalone jakieś 2km od szkoły Wiktora i naszego dotychczasowego miejsca zamieszkania. Na szczęście kursuje komunikacja miejska. Jesteśmy w trakcie remontu, komunalka dała tylko nowe panele do położenia i 10l białej farby. Ponadto w łazience jest cały nowy sanitariat, a na podłodze leżał zlew nablatowy do kuchni- można i tak. Panele już położone, mój pokój i kuchnia praktycznie odmalowane. Do remontu został jeszcze pokój Wiktora, który zażyczył sobie niebieskie ściany oraz łazienka, której kolor razi w oczy. Meble do kuchni już kupione, blaty także, szkoda że wciąż nie ma kto ich zamontować oraz nieszczęsnego zlewu. Ponadto przydałoby się jeszcze wymienić wszystkie gniazdka.
Kuchenkę gazową dostaniemy "w spadku" od cioci, koordynatorka naszej szlachetnej paczki zaproponowała lodówkę od znajomej. Zostaje jeszcze tylko zaopatrzyć się w pralkę, nie szerszą niż 50cm, bo inna nigdzie się nie zmieści. Mimo, że trwa remont i jeszcze przez jakiś czas nie wprowadzimy się "na swoje" czynsz już oczywiście trzeba płacić.
Babcie są załamane, nie potrafią się pogodzić, że odchodzimy. Najpierw moja matka próbowała taktyki "na litość" płakała i błagała żebym ich nie zostawiała, teraz obrały taktykę "mniej niż zero" czyli wpajanie mi, że nie dam sobie sama rady. Nie ma to jak wsparcie najbliższych...
Prawda jest taka że zaczynamy od zera, nie mam do mieszkania nic oprócz zakupionych mebli kuchennych i swoich starych mebli, wersalki i małego łóżka Wiktora. Gdyby ktoś miał na zbyciu cokolwiek przydatnego do domu nie wiem firanki, zasłony, stary dywan, ręczniki, ściereczki, garnki... chętnie przyjmę.

***

W ostatnim tygodniu ferii udało nam się wyjechać na tygodniowy turnus rehabilitacyjny do Zakopanego. W całości opłacony był ze środków zgromadzonych na subkoncie Wiktora z tytułu 1% podatku za 2015 rok. Pierwsze dwa dni były dla Wiktora straszne, płakał za babciami, psem, domem, cały czas narzekał na wędrówki, bo nie dość że wszędzie pod górę to jeszcze w każde miejsce było dość daleko. Ja natomiast walczyłam z wysokim ciśnieniem. W okolicach wtorku zaczęło się młodemu bardzo podobać, zwłaszcza że miał okazję włożyć narty i przez godzinkę uczyć się jazdy z panią instruktor. Atrakcje towarzyszyły nam od samego początku podróży. Już po przesiadce w Krakowie mieliśmy niebywałą okazję podróżować w jednym przedziale z aktorem Panem Rafałem Mohr oraz jego przeuroczą córą i jego mamą, których serdecznie pozdrawiamy.
Na zakopiańskich Ugorach natomiast, Wiktor szusował na stoku wraz z Kamilem Stochem.
Choć reszta pobytu nie owocowała już w takie przemiłe spotkania było równie uroczo. Ośrodek był fantastyczny, miał ciekawe zaplecze terapeutyczne, a dania serwowane na stołówce były po prostu wyśmienite. Wzięliśmy udział w kuligu na kołach, wjechaliśmy kolejką na Gubałówkę, odwiedziliśmy parokrotnie kompleks skoczni narciarskich, Krupówki, a także mieliśmy niesamowitą przyjemność odbycia spaceru do doliny Strążyskiej wraz z przewodnikiem. Wiktor był niezmordowany, ja niestety zaliczyłam zjazd w dół na tyłku, aluzje jakiegoś jegomościa, że buty to ja do wspinaczki mam idealne... Ponadto Wiktor zboczył z drogi i zapadł się nogą pod śnieg, mało tego utknęła mu pod nim stopa, akurat w momencie gdy część ekipy poszła na dalszą wspinaczkę, a my mieliśmy grzecznie wrócić do bufetu w szałasie. Na szczęście jakiś ogarnięty pan podczołgał się do Wiktora, wykopał mu nogę i uratował moje niesforne dziecko. Oczywiście największym wyzwaniem dla mnie było zejście po mokrym śniegu. Na szczęście przemiły pan przewodnik chwycił mnie pod rękę i pomógł mi pokonać to straszliwe wyzwanie. Następnym razem obiecałam sobie, że Tatry odwiedzę latem, przynajmniej ślisko nie będzie. Pogoda dopisała choć momentami była niemiłosierna plucha.
Przeżyliśmy, naładowaliśmy akumulatory i wróciliśmy pełni zapału do remontowania naszego mieszkanka. Gdyby nie Wasz 1% podatku moglibyśmy zapomnieć o tej wyprawie.
Serdecznie Dziękujemy!

sobota, 24 grudnia 2016

Wesołych Świąt


W Wigilię Bożego Narodzenia
Gwiazda Pokoju drogę wskaże.
Zapomnijmy o uprzedzeniach,
Otwórzmy pudła słodkich marzeń.
Niechaj Aniołki z Panem Bogiem,
Jak Trzej Królowie z dary swymi
Staną cicho za Twoim progiem
By spełnić to, co dotąd było snami.
Ciepłem otulmy naszych bliskich
I uśmiechnijmy się do siebie.
Świąt magia niechaj zjedna wszystkich,
Niech w domach będzie Wam jak w niebie...
Spokojnych Świąt!


Ta kolęda wzbudza we mnie wspomnienia ukryte gdzieś głęboko... najwspanialsze wspomnienia z dzieciństwa. Święta z białym śniegiem, gdy z nosem przyklejonym do szyby oglądałam wraz z dziadkiem spadające z nieba patki śniegu. Czyste i niewinne jak to dziecko, którym wówczas byłam. Po domu roznosił się zapach grzybów, barszczu i kapusty, babcia krzątała się po kuchni. I poranek wigilijny, kiedy dziadek wyciągał choinkę którą wspólnie ubieraliśmy. Najpierw rozkładał gałązkę po gałązce, po czym wieszał na drzewku światełka. Przychodziła kolej na mnie, wieszałam bombki, a na samym końcu wkraczała babcia wieszając łańcuchy i włosy anielskie... Piękny czas, który już nie wróci :(
Ostatni raz pamiętam takie Święta w 2010 roku, kiedy Wiktorek miał 3miesiące. Była ta magia, ta radość oczekiwania. Później zniknęła, choroba dziecka, moja depresja, a po śmierci dziadka w 2014 roku nigdy nie było już tak samo... Może jeszcze kiedyś... Spokojnych Świąt Kochani!

piątek, 2 grudnia 2016

O pechu na wesoło

EDIT: Kochani właśnie zauważyłam, że nasz blog został wyświetlony już 100 000 razy!!! To fantastyczny rekord na 5 urodziny bloga, które będą miały miejsce 19.12. Serdecznie dziękuję, że z nami jesteście i śledzicie nasze losy. POZDRAWIAM :*

Dziś dla odmiany troszkę o mnie. 7 grudnia zbliża się moja wizyta w poradni endokrynologicznej, więc wyjęłam teczkę z dokumentami i zrobiłam przymiarkę do badań. Niestety poradnia znajduje się we Wrocławiu i wszystkie zlecone badania laboratoryjne muszę wykonywać także tam. No więc odwlekałam je do granic możliwości, łudząc się że może w którymś momencie poprawi się na tyle moja kondycja finansowa aby podjechać sobie spokojnie samochodem. Oczywiście na złudzeniach się oparło i już od kilku dni miałam zaplanowane, że w piątek zaprowadzę Wiktorka najwcześniej jak to możliwe do szkoły, czyli na 6:45 i zdążę sobie spokojnie na autobus 0 7:01. Oczywiście plany swoją drogą, a rzeczywistość musi przecież mieć się inaczej... O północy zażyłam leki, które zażyć musiałam przed wykonaniem dzisiejszych badań, więc nawet mowy nie było o tym żeby do Wrocławia nie pojechać. Jazda autem także nie wchodziła w grę, pomijając kwestie finansową, chodziło jeszcze o bezpieczeństwo- po zażytych lekach nie można prowadzić pojazdów. Tak więc skrupulatnie wstałam punkt 6:00 narzuciłam sobie i Wiktorowi odpowiednie tempo aby już o 6:40 wyjść z domu. Oczywiście nie udało się... Pech chciał, że Wiktor o jakiejś 6:38 stał już przy drzwiach z plecakiem na plecach i kompletnie ubrany, ale babcia jeszcze zasugerowała, że trzeba zarzucić mu na głowę kaptur, bo niemiłosiernie wieje. W tym celu musiała odpiąć nieco zamek i pach... zamek się zaciął. Szarpanina, nerwy, krzyki w rezultacie wyszliśmy z domu dopiero o 6:45. Zastanawiałam się czy w ogóle jest sens robić wszystko na wariackich papierach czyli biec do szkoły, w locie pomóc Wiktorkowi się rozebrać i gonić na autobus. Choć tempo było zastraszające, a ja już dawno od takowego odwykłam, jakimś cudem w ostatniej chwili zdążyłam na autobus... Ufff...
Nie będę już rozczulać się nad faktem, że trafiłam najpierw nie do tego laboratorium co trzeba, bo to już nie wina pecha tylko raczej mojego roztargnienia. Obyło się bez mdlenia, duszności i tym podobnych, więc spokojnym tempem ruszyłam na przystanek. Miałam ponad pół godziny do autobusu, jednak podjechał autobus innej linii akurat gdy ja wkraczałam na przystanek, więc pomyślałam "super, nie będę marznąć" i siadłam do niego przeszczęśliwa. Szczęście to nie trwało długo, bo aż jeden przystanek. Gdy kierowca w sposób prawidłowy włączał się do ruchu, jakiś bardzo narwany i pędzący z nadmierną prędkością Pan nie ustąpił nam pierwszeństwa i o mały włos doszłoby do stłuczki. Oczywiście w zupełnie normalnym przypadku skończyłoby się na trąbieniu i co najwyżej ostrej wymianie zdań, ale nie... Wyobraźcie sobie, że Pan ten, najprawdopodobniej policjant, bo jak się okazało miał w swoim aucie koguta, był święcie przekonany, że to nie on nagiął przepisy. Tym samym stanął na środku ruchliwej, wrocławskiej drogi i wstrzymał ruch wzywając patrol policji. Do czego? Przecież nie doszło do stłuczki, co najwyżej pan policjant nasrał ze strachu w gacie. Jakaś dzika, męska satysfakcja? Nie rozumiem. Sama jestem kierowcą, nieraz mam dzikie zapędy w stosunku do innych kierowców, którzy naginają przepisy albo bez powodu trąbią. Padają nieraz niecenzuralne słowa i gesty w tylnym lusterku, ale do cholery trzeba w jakiś inny sposób dać upust swojej energii, a nie... nie dość że jest się sprawcą zaistniałego incydentu, to jeszcze uprzykrza się życie innym (mam tu na myśli pasażerów, którzy chcą szybko i bezpiecznie dotrzeć do domu).
Jaki finał miała sprawa, nie wiem. Przesiadłam się na inny autobus, ten na który szłam spokojnym spacerkiem na przystanek, a nie zaczekałam na niego w obawie przed zimnem :)
Morał na dziś? Dzień się jeszcze nie skończył, a pech za mną skrupulatnie kroczy. Trzeba chyba zamknąć sie w domu i nigdzie już dziś nosa nie wystawiać. Kwestia druga... Chciałam zaoszczędzić na paliwku, a w rezultacie zamiast zapłacić za dwa bilety, musiałam kupić je trzy. Na jedno wyszło przy czym najadłam się nerwów. W najbliższą środę rozważę czy aby na pewno warto znów jechać autobusem do Wrocławia :)

piątek, 25 listopada 2016

1% podatku

Moi Kochani czytelnicy! Zakończyło się już księgowanie wpłat z tytułu 1% podatku za 2015 rok na subkontach w naszej fundacji. W tym roku padł nasz życiowy rekord (a zbieramy już pieniążki od 6 lat). Otóż na rzecz Wiktora wpłynęła łączna kwota 4236zł!!!

A teraz garść statystyk odnośnie 1% podatku. Łącznie rozliczyło się na Wiktorka 127 osób. Oprócz wpłat z Urzędu Skarbowego Oława (w ilości 60), wpłynęło również 50 wpłat z wrocławskich Urzędów Skarbowych, 5 wpłat ze Strzelina, 3 wpłaty z Trzebnicy, 2 wpłaty z Legnicy i 2 z Ząbkowic Śląskich oraz pojedyncze wpłaty z Brzegu, Namysłowa, Proszowic, Ryk, Wałbrzycha. Najwyższa kwota to 356,20zł, najniższa 1zł. Pamiętajcie Kochani, że każdy grosik zapracował na tak ogromną jak dla nas sumę. Jestem bardzo tym faktem wzruszona...
Z uzbieranych pieniędzy rozliczyliśmy już kila faktur za paliwko, zaklepaliśm tygodniowy Turnus Rehabilitacyjny w Zakopanem w terminie 20.02-26.02.2017r., za resztę środków planujemy opłacić zajęcia TUS (Trening Umiejętności Społecznych) w Synapsie, jeśli tylko zajęcia te ruszą (na chwilę obecną jest za mało chętnych :( )
Moi drodzy już dziś pragnę zachęcić Was do rozliczania się na Wiktora w najbliższym roku podatkowym. Jak wiecie wystarczy wpisać tylko nr KRS Fundacji oraz imię i nazwisko mojego synka.
Jeszcze raz serdecznie dziękujemy!!!


poniedziałek, 21 listopada 2016

Magia Szlachetnej Paczki

Nie ma chyba takiego Polaka, który nie słyszałby o akcji "Szlachetna Paczka". Ja spotkałam się z nią po raz pierwszy kiedy została bardzo nagłośniona przez byłego prezydenta RP. Później w okresie przedświątecznym wchodząc do gmachu głównego uczelni, na której studiowałam zobaczyłam porozstawiane stoły z kartonami załadowanymi środkami czystości i żywnością trwałą. Dołożyłam tam i swoje trzy grosze, choć czytając listę z potrzebami danej rodziny nie miałam pojęcia skąd ona się tam wzięła.
W tym roku akcję "Szlachetna Paczka" mam okazję poznać od podszewki... Wyobraźcie sobie, że nasza małą rodzinka została zakwalifikowana do tego programu!
Zaczęło się bardzo niewinnie, bodajże pod koniec września nasza terapeutka od SI z SPD "Tęcza"- Pani Marta- dała mi do łapki wniosek z logiem "Szlachetnej Paczki". Zapytała czy nie chcielibyśmy wypełnić i zostawić wniosku w recepcji Stowarzyszenia. Pomyślałam, że przecież to nic nie kosztuje, wypełniłam, bardzo krótko napisałam z jakim schorzeniem boryka się Wiktor, jakie ja mam trudności i że jakby tego było mało Witka wychowuję sama.
Chyba jakieś trzy tygodnie temu odebrałam telefon i Bóg mi świadkiem, że czuwała nad tym jakaś opatrzność, bo z racji ciągłego nachodzenia mnie przez windykację, nie odbieram rozmów przychodzących od nieznajomych numerów. Miły głos w słuchawce przedstawił mi się jako koordynator "Szlachetnej Paczki" na terenie naszej gminy i spytał czy możemy umówić się na pierwsze spotkanie.
W dniu spotkania zajrzały do nas dwie bardzo młode Panie, studentki pierwszego roku UM. Rozmowa była fantastyczna, opowiedziały mi o tym kiedy zaczęła się ich przygoda ze "Szlachetną Paczka" i w jaki sposób i że w tym roku nie są darczyńcami, a koordynatorami. Ich rola polega na przeprowadzaniu wywiadu z rodziną, opisaniu jej sytuacji, a później szukaniu dla niej darczyńcy i nadzorowaniu całego proces. Pierwsza rozmowa wraz z ankietą była chyba najtrudniejsza. Nie jest łatwo otworzyć się przed zupełnie obcymi osobami, powiedzieć o swojej fatalnej sytuacji, o chorobie dziecka, własnej chorobie, przyznać się do błędów. W ankiecie padają przeróżne pytania, najbardziej zaskoczyło nas pytanie o nasze talenty... Cóż talent to ja mam chyba tylko do pakowania się w to co nie trzeba... Niektóre z tych pytań były swoistym katharsis, bo kiedy Panie spytały mnie kiedy naszej rodzinie było lżej, to z ciężkim sercem odpowiedziałam, że kiedy nie było Wiktora... Były momenty, w których łzy stawały mi w oczach, dochodziłam do takich wniosków, do których sama w życiu bym nie doszła. I wierzcie mi albo nie było w tym coś pięknego. Etap pierwszy wcale nie oznacza, że przejdzie się dalej. Dlatego ja nie łudziłam się, że zostaniemy objęci projektem "Szlachetnej Paczki". Sama powiedziałam na koniec rozmowy, że myślę iż są rodziny bardziej potrzebujące niż my, ja mam wsparcie bliskich, mam dach nad głową, jak zabraknie mi pieniędzy na jedzenie, to ma mi je kto dać, dla Wiktora nie brakuje niczego oprócz kosztownej rehabilitacji. Zostałam poinformowana, że jeśli nie będzie kontaktu w ciągu dwóch tygodni, to znaczy że nasza rodzina nie została zakwalifikowana do dalszego etapu. Jakie było moje zdziwienie, gdy jeszcze w środku tego samego tygodnia Panie się do mnie odezwały. Umówiliśmy się na kolejne spotkanie, aby przeprowadzić drugą ankietę. Ankieta druga to potrzeby rodziny. Matko... o tym jest chyba jeszcze ciężej mówić... Oczywiście ten etap znów nie daje gwarancji, że przejdzie się dalej, że system przyjmie naszą rodzinę, a później znajdzie się darczyńca. Jakimś cudem przebrnęliśmy przez system i bodajże w środę otrzymałam wiadomość, że jesteśmy na stronie "Szlachetnej Paczki" i szukany jest dla nas darczyńca...
I wiecie co Wam tu chcę powiedzieć, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Kiedy pierwszy raz spotkałam się z akcją "Szlachetna Paczka" i dołożyłam do niej jakąś malutką cegiełkę, pomyślałam jakie to niesprawiedliwe, że pozostają rodziny bez pomocy, że ktoś od tak czyta sobie opis rodziny i decyduje tej pomogę, tamtej nie... W niedzielę kiedy dowiedziałam się, że znalazł się dla nas darczyńca wzruszyłam się do łez. Pomyślałam dlaczego my? Kiedy jest się tą wybraną rodziną czuje się w tym magię, niesamowitą magię, bo ktoś zupełnie obcy, na podstawie kilku zdań, na podstawie opisu, a później rozmowy z koordynatorem podejmuje decyzję "tak to będzie ta rodzina, której jak tylko potrafię, chcę pomóc".
Program trwa, jesteśmy w stałym kontakcie z naszym koordynatorem, padają szczegółowe pytania o potrzebne rzeczy itp. Wiem jedno cokolwiek nie znajdzie się w naszej "Szlachetnej Paczce" będzie dla nas najwspanialsze i najcudowniejsze, bo nie każdego stać na taki gest żeby powiedzieć sobie "spróbuję, spróbuję pomóc tej rodzinie"...
Pozdrawiamy :*